GOG rzuca rękawicę Steamowi, ale strzela sobie w kolano. Analiza PR-owej dramy, w której nie ma zwycięzców

GOG rzuca rękawicę Steamowi, ale strzela sobie w kolano. Analiza PR-owej dramy, w której nie ma zwycięzców

Avatar photo Alex
03.12.2025 05:11
7 min. czytania

No dobra, słuchajcie, bo sytuacja jest gruba. Wszyscy znamy te wojenki na linii konsole vs PC, AMD vs Nvidia, a ostatnio – Steam vs Epic. Każdy ma swój ulubiony launcher, swoje cyfrowe poletko, na którym kolekcjonuje gierki. Ale co się dzieje, gdy sama platforma próbuje zagrać w 4D szachy, wbić szpilę konkurencji i w tym samym momencie potyka się o własne nogi? Właśnie to zafundował nam GOG.

Kontekst jest prosty jak budowa cepa: Steam i Epic Games Store zbanowały grę Horses, surrealistyczny horror, który najwyraźniej przekroczył ich granice „dobrego smaku”. I wtedy na scenę, cały na biało, wjeżdża nasz rodzimy GOG.com. W tweecie ogłaszają, że dają grze „dom”, bo „gracze powinni mieć wybór”. Brzmi super, co nie? GOG jako rycerz wolności, obrońca uciśnionych deweloperów. Problem w tym, że weterani internetu mają pamięć dłuższą niż lista bugów w premierowym Cyberpunku. W tej analizie wgryziemy się w tę dramę, żeby zrozumieć, czy GOG to faktycznie ostatni bastion wolności w gamingu, czy może po prostu zaliczył krytyczny błąd w PR-owym buildzie.

„Wybór dla Graczy” – Nowy Skin na Starą Hipokryzję?

Zacznijmy od tego, co widzimy „na papierze”. GOG, czyli Good Old Games od CD Projektu, od zawsze budował swój wizerunek na byciu tą „fajną” platformą. Ich główny selling point to gry bez DRM – kupujesz i robisz z plikami, co chcesz, bez kajdanek w postaci online checków. To jest autentycznie pro-konsumencka postawa i za to należy im się szacunek. Kiedy więc piszą, że dają schronienie Horses, bo wierzą w „wybór doświadczeń”, to idealnie wpisuje się to w ich brand. To jest ich marketingowa ultimate ability.

I tutaj uwaga, bo to kluczowe. W swoim poście GOG nie tylko przygarnął grę, ale świadomie zdissował Valve. To nie było ciche dodanie tytułu do sklepu. To była publiczna deklaracja: „Patrzcie, Steam cenzuruje, a my jesteśmy otwarci”. To klasyczna zagrywka, żeby podkraść trochę graczy, którzy są zmęczeni monopolem Steama. W teorii – genialny ruch. W praktyce… no cóż, praktyka bywa bolesna.

Pamiętacie Devotion? GOG Najwyraźniej Nie

Każdy, kto siedzi w branży dłużej niż dwa sezony Fortnite’a, pamięta sprawę z 2020 roku i grę Devotion. To był genialny horror tajwańskiego studia Red Candle Games. Gra została zmiażdżona przez chińskich graczy za ukryty w assetach żart z prezydenta Xi Jinpinga. Po gigantycznym review bombingu na Steamie, devsi sami ją wycofali. I co się stało potem? GOG ogłosił, że Devotion trafi do nich! Gracze się ucieszyli. A potem, kilka godzin później, GOG opublikował kolejny komunikat: „Po otrzymaniu wielu wiadomości od graczy, zdecydowaliśmy się nie umieszczać gry w naszym sklepie”.

Widzicie ten zgrzyt? Wtedy „wiadomości od graczy” (czytaj: presja polityczna i strach przed utratą chińskiego rynku) były ważniejsze niż „wolność wyboru”. A teraz, przy Horses, nagle ta sama zasada jest fundamentem ich istnienia. To tak, jakbyś przez cały mecz grał supportem, a w ostatniej minucie krzyczał, że od początku byłeś main DPS-em. Społeczność natychmiast wyciągnęła im tę wpadkę, a cały PR-owy manewr zamienił się w festiwal memów o hipokryzji. I to jest właśnie meta dzisiejszego internetu – twoja historia jest zapisana w blockchainie internetowej pamięci i każdy błąd zostanie ci wytknięty.

Platformy to Nie Sklepy. To Bramkarze na Imprezie

Ta cała drama pokazuje coś znacznie ważniejszego niż potknięcie jednej firmy. Uświadamia nam, że Steam, Epic Games Store i GOG to nie są neutralne półki z grami. To są kuratorzy, selekcjonerzy, a czasem po prostu bramkarze, którzy decydują, kto wchodzi na imprezę, a kto zostaje na zewnątrz. Każdy z nich ma inne zasady:

Kto na tym traci? Najczęściej mali deweloperzy, którzy w jednej chwili mogą stracić główne kanały dystrybucji, bo ich gra nie spodobała się jakiemuś moderatorowi. A kto zyskuje? Platformy, które walczą o naszą uwagę i pieniądze, używając ideologii jako broni. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o tym, jak działają cyfrowe rynki, sprawdź nasz szczegółowy artykuł o ekonomii w grach.

Real Talk: GOG Chciał Być Bohaterem, a Został Antybohaterem

Moim zdaniem, GOG nie jest ani zły, ani dobry. Jest po prostu korporacją, która próbuje ugrać coś dla siebie na bardzo konkurencyjnym rynku. Zobaczyli okazję: mała, kontrowersyjna gra odrzucona przez gigantów. Idealny materiał na PR-ową historię o Dawidzie i Goliatach. Postanowili zagrać kartą „obrońcy wolności”, licząc na to, że nikt nie będzie pamiętał ich wcześniejszych potknięć.

To był fatalny błąd w ocenie sytuacji. Społeczność graczy to nie jest bezmyślny tłum. Pamiętamy. Analizujemy. I przede wszystkim, nienawidzimy hipokryzji. Próbując wyglądać na lepszych od Steama, GOG tylko podkreślił, że w gruncie rzeczy wszyscy grają w tę samą grę – grę o wizerunek i zyski. Ich szlachetny gest został odebrany jako cyniczna kalkulacja.

Pro Tip od Waszego Kumpla Raptora: Głosuj Portfelem, a Nie Emocjami

I tutaj dochodzimy do sedna. Nie ma sensu zapisywać się do „Team GOG” czy „Team Steam”. To nie jest mecz esportowy. To jest rynek, a my jesteśmy konsumentami. Zamiast wierzyć w piękne tweety i marketingowe hasła, patrzmy na czyny.

Czy polityka DRM-free na GOG jest super? Absolutnie tak. Czy ich hipokryzja w sprawie moderacji treści jest słaba? Oczywiście. Czy ogromna biblioteka i funkcje społecznościowe Steama są wygodne? Jasne. Czy darmowe gry od Epica są fajne? Pewnie. Każda platforma ma swoje plusy i minusy. Prawdziwy easy win dla nas, graczy, to świadomość tych mechanizmów. To my decydujemy, gdzie zostawiamy nasze pieniądze. Wspierajmy deweloperów bezpośrednio, jeśli to możliwe (np. na itch.io), i wybierajmy platformy za ich realne zalety, a nie za PR-owe ustawki. Podobnie jak w przypadku wyboru gier, warto czasem sięgnąć po coś mniej oczywistego, o czym pisaliśmy w naszej recenzji ukrytego gemu z zeszłego roku.

Cała ta afera z Horses to cenna lekcja. Pokazuje, że w cyfrowym świecie nic nie ginie, a próba wybielenia swojego wizerunku kosztem konkurencji może skończyć się potężnym samobójem. GOG chciał wbić szpilę, a ostatecznie sam na nią nadział.

A jakie jest Wasze zdanie? Czy GOG miał prawo do takiej zagrywki, a gracze przesadzają z czepianiem się przeszłości? A może to dowód na to, że żadnej korporacji nie można ufać? Dajcie znać w komentarzach, co o tym myślicie! GG WP.

Alex „Raptor” Czerwiński

Gracz, streamer i twórca treści na EzWin.ovh z ponad dekadą doświadczenia. Zaczynał od headshotów w CS:GO, grindu w LoL-u, a dziś rozkłada na czynniki pierwsze każdą grę – od perełek indie po blockbustery AAA. Wierzy, że każdy może grać lepiej i mądrzej, a jego misją jest dostarczanie wiedzy, która prowadzi do łatwych zwycięstw. Kiedy nie analizuje mety, prawdopodobnie szuka idealnego balansu między FPS-ami a zużyciem energii na swoim pececie.

Zobacz także: